wtorek, 25 września 2012

to będzie dobry rok

Pragnę się na początku przedstawić. Jestem Ada, jestem niepełnoletnia, jestem biolchemem i lubię maliny.
.........................................
Swoją opowieść o życiu biolchemów pragnę zacząć od samego początku - czyli od momentu dostania się do Elitarnego (jak to twierdzi część nauczycieli) liceum w moim cudownym mieście. Cicho liczyłam na to, że się dostanę, jednak trochę niepokoił mnie fakt, że koleżanka W. twierdziła, że się nie dostanie, a miałyśmy taką samą (co do setnej!) liczbę punktów rekrutacyjnych (tak to się mówi?). Po wielu dniach niepewności dotarła do nas ta zaskakująca informacja, że w tej Elitarnej szkole znalazło się dla naszej niezaradnej życiowo dwójki miejsce w klasie o profilu biolchem. Dzika radość nie znała granic. O wakacjach nie będę tu za dużo pisać, bo nie tyczą się one ani trochę tematu. Jak to Jeszcze gimbusy nasze zabawy wakacyjne nie były raczej zbytnio ambitne. W każdym razie moje.
Dnia 1 września 2011 roku stanęłam w murach swojej szkoły oczywiście bardzo odświętnie ubrana. Ceremonia rozpoczęcia roku dla klas pierwszych trwała niezwykle długo i z biegiem czasu stwierdzam też, że była niezwykle nudna. Dzień później, o ile pamięć mnie nie myli, pojechaliśmy całą klasą na wyjazd integracyjny. Jak to na Biolchemy przystało nic zaskakującego się nie stało, a rozmowy sprowadzały się do tematów mrówek i innych zainteresowań. Później powoli rozwijała się nasza kariera pierwszoroczniaków. Zbieraliśmy najróżniejsze oceny. Oczywiście, nie wszyscy byli przystosowani do takiego rozstrzału, tak więc mieli duże problemy z zaaklimatyzowaniem się. My oczywiście nie. Cóż osoby po naszym gimnazjum raczej w TYM elitarnym liceum za dużo nie robią (w odniesieniu do lat poprzednich). Śmiem twierdzić, że w żadnym innym nie napracowałybyśmy się więcej. Największym zaskoczeniem był dla mnie polski i biologia. Że z biologii nie jestem dobra wiedziałam od samego początku, ale że z polskiego można dostać pałę za to, że nie przeczytało się lektury (o zgrozo!) wyprowadziło mnie z równowagi. Podczas tego roku chodziłyśmy na wiele imprez muzycznych (tak to się mówi na koncerty w języku "wyższym") oraz nieliczne imprezy domowe (taaa, to, że jesteśmy niezaradne już wiecie). Pod koniec roku popracowałyśmy troszkę więcej i uzyskałyśmy (w moim przekonaniu) satysfakcjonujące świadectwa. 
    *Gdzieś w kwietniu (dokładnie 10 kwietnia, dzień przed rocznicą Smoleńska) dotarły do nas nasze nowiusieńkie longboardy firmy BombBoards. Rozkminianie na temat "który będzie dla mnie najlepszy" trwało około 2 tygodni. Pragnę zaznaczyć, że jesteśmy niesamowicie zadowolone z kupna :)

Wakacje przepłynęły bardzo, ale to bardzo pomyślnie.
     1. Schudłam (że potem przytyłam znowu to nie ważne) 
    2. Uzyskałam międzynarodowy certyfikat IKO <3 (kitesurfing jest nową miłością mojego życia, tak jak longboarding i snowboarding)
    3. Spędziłam najbardziej chillowe 4 tygodnie nad morzem! ( w tym 2 tyg na najlepszym miejscu, poza Poznaniem oczywiście, w Polsce - Helu)
     4. Zostałam mistrzem przedłużania wakacji - pierwsze lekcje odbyłam dopiero 17 września

ROK SZKOLNY 2012/2013
Rozpoczęcie roku jak zwykle - nic ciekawego
Dzień później - wyjazd do innego zajebistego miasta - uznaję te 4 dni za satysfakcjonujące
Tydzień później - wymiana ekologiczna polsko-francusko-niemiecka - uznaję te 6 dni za wybitnie satysfakcjonujące. 
     1. Uczciłyśmy bardzo porządnie - dość istotne wydarzenie w moim życiu (nie wiem jak Wery)
     2. Troszkę się zintegrowałyśmy z niektórymi osobami z innych krajów
     3. Chillowaliśmy
  4. Ogólnie zniszczeń nie było - wyrwane okno, dziura w ścianie i lecące szafy (nic z naszej winy oczywiście)
     5. Pire (krwa) i kotlet
po 6. i ostatnie - Nie chodziłyśmy do szkoły.
Dwa tygodnie później - Rok rozpoczęłam z piąteczką z polskiego i biologii (czyli przedmiotów, które mi tak ciężko szły w pierwszej klasie). Oczywiście, piąteczka z biologii ze sprawdzianu zmieniła moje mniemanie o sobie diametralnie, haha. No w sumie, powiększyła tylko zasób moich wymówek na pytania "dlaczego się nie uczysz" ("Mamo, mam pięć z biologii!"; "Mamo, bo wiesz, bo ja się zakochałam!"). Dalej ciężko mi cokolwiek powiedzieć o ostatnim tygodniu, ponieważ (jak zawsze) nic nie robię (no chyba, że do rzeczy istotnych zaliczamy wiele godzin spędzonych na Facebooku).

Pozdrawiam serdecznie,
czytała Ada.

*Przepraszam, że składnia zdań, ortografia i inne duperele zaczęły się mocno sypać im bardziej brnęłam w pisanie tego tekstu. Jak nie rozumiecie to piszcie. Przetłumaczę Wam na inny język.

1 komentarz:

  1. Bang! Zapomniałaś dodać, że pire które miało być pire okazało się czymś dziwnym a twój makaron (?) był twardy, czyli zamiast papek wyszły dwie zupy - wniosek: czasem chyba jednak lepiej zagotować wodę (niedobrze mi, jak sobie o tym przypominam!)

    OdpowiedzUsuń