środa, 3 października 2012

dzień 33 roku szkolnego

Ostatnio całkiem dużo się działo. Może nic nadzwyczajnego, ale dużo. Intensywnie, każdy nauczyciel (nie pomijając też tych z początkowych faz naszego życia), przypomina nam o zbliżającej się maturze. Co z tego, że mamy jeszcze ponad rok. Sprawdziany, powtórzenia materiałów z klasy pierwszej, kartkówki i inne tego typu rzeczy mnożą się i mnożą z dnia na dzień. Oczywiście, na medycynie najważniejszy jest Wos jak to wielokrotnie nam się przypomina. "Jaki to lekarz, który nie zna podstaw polityki, a chodził od Tego Elitarnego Liceum". Z drugiej zaś strony, wymagają od nas jeszcze mniej... albo to raczej kwestia naszego zaangażowania w zadania nam powierzone. W pierwszej klasie każdy jeszcze starał się choć jako tako wypaść i ściągać tylko wtedy gdy było to konieczne. Nasze wzorowouczniowskie postawy ukazują się tylko i wyłącznie na biologii i chemii, gdzie a) nie da się ściągać, b) wszyscy boją się ściągać, c) i tak kiedyś będziemy musieli się tego nauczyć.

Patrząc na ten ostatni tydzień z perspektywy tych kilku dni, zdaję sobie sprawę, że najzwyczajniej w świecie zmarnowałam kupę czasu. Zdarzyło mi się ruszyć na koncert, wracając trafić na ciekawą domówkę, stać przez 5 godzin w miejscu kierując ruchem na wyścigach rowerowych dla osób niepełnosprawnych, a także organizować dzień kota. Ale to działo się w 3 dni, gdzie podziały się pozostałe 4 - nie mam pojęcia.

W tym tym tygodniu nic ciekawego się nie dzieje, ani dziać nie będzie, ponieważ ambitnie walczę z samą sobą, żeby w końcu zabrać się do powtarzania gruntownie biologii. Facebook (mój najlepszy przyjaciel) jest mistrzem w odwracaniu mojej uwagi. Udało mi się jak na razie cały bałagan w pokoju przenieść w jeden kąt i odgruzować łóżko z "rzeczyrozpraszaczy", tak abym mogła choć trochę skupić się na zadaniach.

ada.

wtorek, 25 września 2012

to będzie dobry rok

Pragnę się na początku przedstawić. Jestem Ada, jestem niepełnoletnia, jestem biolchemem i lubię maliny.
.........................................
Swoją opowieść o życiu biolchemów pragnę zacząć od samego początku - czyli od momentu dostania się do Elitarnego (jak to twierdzi część nauczycieli) liceum w moim cudownym mieście. Cicho liczyłam na to, że się dostanę, jednak trochę niepokoił mnie fakt, że koleżanka W. twierdziła, że się nie dostanie, a miałyśmy taką samą (co do setnej!) liczbę punktów rekrutacyjnych (tak to się mówi?). Po wielu dniach niepewności dotarła do nas ta zaskakująca informacja, że w tej Elitarnej szkole znalazło się dla naszej niezaradnej życiowo dwójki miejsce w klasie o profilu biolchem. Dzika radość nie znała granic. O wakacjach nie będę tu za dużo pisać, bo nie tyczą się one ani trochę tematu. Jak to Jeszcze gimbusy nasze zabawy wakacyjne nie były raczej zbytnio ambitne. W każdym razie moje.
Dnia 1 września 2011 roku stanęłam w murach swojej szkoły oczywiście bardzo odświętnie ubrana. Ceremonia rozpoczęcia roku dla klas pierwszych trwała niezwykle długo i z biegiem czasu stwierdzam też, że była niezwykle nudna. Dzień później, o ile pamięć mnie nie myli, pojechaliśmy całą klasą na wyjazd integracyjny. Jak to na Biolchemy przystało nic zaskakującego się nie stało, a rozmowy sprowadzały się do tematów mrówek i innych zainteresowań. Później powoli rozwijała się nasza kariera pierwszoroczniaków. Zbieraliśmy najróżniejsze oceny. Oczywiście, nie wszyscy byli przystosowani do takiego rozstrzału, tak więc mieli duże problemy z zaaklimatyzowaniem się. My oczywiście nie. Cóż osoby po naszym gimnazjum raczej w TYM elitarnym liceum za dużo nie robią (w odniesieniu do lat poprzednich). Śmiem twierdzić, że w żadnym innym nie napracowałybyśmy się więcej. Największym zaskoczeniem był dla mnie polski i biologia. Że z biologii nie jestem dobra wiedziałam od samego początku, ale że z polskiego można dostać pałę za to, że nie przeczytało się lektury (o zgrozo!) wyprowadziło mnie z równowagi. Podczas tego roku chodziłyśmy na wiele imprez muzycznych (tak to się mówi na koncerty w języku "wyższym") oraz nieliczne imprezy domowe (taaa, to, że jesteśmy niezaradne już wiecie). Pod koniec roku popracowałyśmy troszkę więcej i uzyskałyśmy (w moim przekonaniu) satysfakcjonujące świadectwa. 
    *Gdzieś w kwietniu (dokładnie 10 kwietnia, dzień przed rocznicą Smoleńska) dotarły do nas nasze nowiusieńkie longboardy firmy BombBoards. Rozkminianie na temat "który będzie dla mnie najlepszy" trwało około 2 tygodni. Pragnę zaznaczyć, że jesteśmy niesamowicie zadowolone z kupna :)

Wakacje przepłynęły bardzo, ale to bardzo pomyślnie.
     1. Schudłam (że potem przytyłam znowu to nie ważne) 
    2. Uzyskałam międzynarodowy certyfikat IKO <3 (kitesurfing jest nową miłością mojego życia, tak jak longboarding i snowboarding)
    3. Spędziłam najbardziej chillowe 4 tygodnie nad morzem! ( w tym 2 tyg na najlepszym miejscu, poza Poznaniem oczywiście, w Polsce - Helu)
     4. Zostałam mistrzem przedłużania wakacji - pierwsze lekcje odbyłam dopiero 17 września

ROK SZKOLNY 2012/2013
Rozpoczęcie roku jak zwykle - nic ciekawego
Dzień później - wyjazd do innego zajebistego miasta - uznaję te 4 dni za satysfakcjonujące
Tydzień później - wymiana ekologiczna polsko-francusko-niemiecka - uznaję te 6 dni za wybitnie satysfakcjonujące. 
     1. Uczciłyśmy bardzo porządnie - dość istotne wydarzenie w moim życiu (nie wiem jak Wery)
     2. Troszkę się zintegrowałyśmy z niektórymi osobami z innych krajów
     3. Chillowaliśmy
  4. Ogólnie zniszczeń nie było - wyrwane okno, dziura w ścianie i lecące szafy (nic z naszej winy oczywiście)
     5. Pire (krwa) i kotlet
po 6. i ostatnie - Nie chodziłyśmy do szkoły.
Dwa tygodnie później - Rok rozpoczęłam z piąteczką z polskiego i biologii (czyli przedmiotów, które mi tak ciężko szły w pierwszej klasie). Oczywiście, piąteczka z biologii ze sprawdzianu zmieniła moje mniemanie o sobie diametralnie, haha. No w sumie, powiększyła tylko zasób moich wymówek na pytania "dlaczego się nie uczysz" ("Mamo, mam pięć z biologii!"; "Mamo, bo wiesz, bo ja się zakochałam!"). Dalej ciężko mi cokolwiek powiedzieć o ostatnim tygodniu, ponieważ (jak zawsze) nic nie robię (no chyba, że do rzeczy istotnych zaliczamy wiele godzin spędzonych na Facebooku).

Pozdrawiam serdecznie,
czytała Ada.

*Przepraszam, że składnia zdań, ortografia i inne duperele zaczęły się mocno sypać im bardziej brnęłam w pisanie tego tekstu. Jak nie rozumiecie to piszcie. Przetłumaczę Wam na inny język.

poniedziałek, 24 września 2012

Biolchemy od początku

               Każdy świeży licealista myśli, że biolchemy to zgraja kujonów i osób bez życia towarzyskiego. Osoby, które nie wiedzą co ze sobą począć idą na humana lub matfiz, ponieważ myślą, że tam spędzą mniej czasu przed książkami. Prawdą jest, że na biolchem idzie się w jakimś konkretnym celu. Częśc z nas chce iść na medycynę, częśc na bioinżynierię, jeszcze inni na kierunki związane z chemią. 
......................................................................................
                   Zapraszamy na podróż po świecie tych zwykłych (lub niezwykłych patrząc na ich dziwne usposobienie) licealistów, którzy za cel w życiu postawili sobie dostanie się na Uniwersytet Medyczny. Inteligencją i wiedzą nie grzeszymy, dlatego okres "przedmaturalny" jest dla nas okresem dość trudnym i wypełnionym po brzegi nauką. Naszymi najlepszymi przyjaciółmi są podręczniki od biologii i chemii, a w nocy śnimy tylko i wyłącznie o dżdżownicach i nicieniach. Zdarza nam się czasami w czasie wolnym dla przyjemności obejrzeć jakiś film przyrodniczy lub przeczytać książkę popularno-naukową.


 (Większość treści obowiązujących w tym
poście jest mocno zakłamanych
- informacja, dla osób które nie zrozumiały ironii)